Dzień do dnia niepodobny.
Dostałam dziś zastrzyku energii - dzieciaki do szkoły rrraz!
Snieg zaczął topnieć, a już się do niego zaczynałam przywyczajać.
Postanowiłam odwiedzić agenta ubezpieczeniowego, w końu co prawda satelita spadł w jakimś odludnym miejscu, więc bardzo prawdopodobne, ze pod lasem, zatem dach na stodole ocalał, ale kto wie, na jak długo.
Więc podjeżdżam pod budynek użyteczności publicznej we wsi gminnej (agent jest jeden na całą gminę - jak się komuś nie podoba, jedzie do miasteczka, ale któż inny przyjmowałby interesantów w nagłych potrzebach o dwudziestej pierwszej z minutami, albo w niedzielne popołudnie? A temu się chce).
Taki agent pewnie dużo wie o ludziach, myślę sobie.
Wchodzę. Dzień dobry, mówię uprzejmie.
-A, cześć - na to luzacko agent. - Co, Albercik cię przysłał?
Albercik ponoć zwiększył swoją kolekcje beemek o jakiś unikatowy model, jeździli po to cudo z wujtem chyba z niedzieli na poniedziałek, nocą. Agent już o tym wie?
-Nie - odrzekam grzecznie - przywiodły mnie tu sprawy ściśle domowe...
-Ojciec wczoraj jeździł po wsi, nie mógł do mnie z tym wstąpić?
-Och, mógłby zapewne... Gdybym go o to poprosiła...
Do rzeczy. Polisa przedłużona, kasa zapłacona. Za to, że mi w lecie grad podziurawił dach, muszę zapłacić wyższą składkę. Dziwne.
Kurtuazyjna gadka o pogodzie, o drodze do nas, i muszę już lecieć, bo spieszę się po dzieci.
Po drodze mijam się z Albercikiem sprawdzającym możliwości swojego najnowszego nabytku. Złote to i ryczy.
Tyle.
Tak: Bebunio, który mówi, że nie jest głodny, to niecodzienne zjawisko. To raczej dowód, że jeszcze nie powrócił w pełni do zdrowia. Maniuś też jakiś taki spokojny, ugodowy, i nie wybiera się na podwórko.
Na razie nie mam nic przeciwko temu, sama z ostrożna popijam herbatkę i powoli pracuję. Czytam ciekawe rzeczy. Niby zawodowo, ale czytam na tyle powoli, żeby zrozumieć (fachowy korektor mówi tak: "Swietną książkę wczoraj sprawdzałem - chętnie bym ją kiedyś przeczytał").
Snieg pada, wielkie płatki, sypie i sypie.
Nauczyłam się już jeździć na tych letnich oponach, i dobrze, bo te zimowe, co to mi je wujt wynalazł, nie pasują niestety.
Dobrze mi jest. Nic nie muszę. Zaraz zawołam synów, włączymy sobie bajkę, przykryjemy jednym kocem i wspólnie podrzemiemy godzinkę.
Babcia powiedziała, że zrobi nam kluchy na parze.
Jest cicho, ciepło, za oknem białość i białość, nic innego.
Jak w raju.
Menu imprezy urodzinowej Maniusia:
-rozgotowany na maksa ryż na wodzie
-cienka herbatka miętowa
-odgazowana cola pół na pół z wodą (w małych dawkach).
Okazały torcik oddamy na pożarcie wujtom.
Jak wyleczymy wirusówkę, zrobimy nowy...
2012-01-14
Niektórzy to jednak mają szalone pomysły.
Na przykład kolega wujta, ten z młodymi nogami. Sniegiem sypie, kurzawa straszna, drogi pozawiewało i w ogóle, a temu zachciało - ożenić się. W taką pogodę!
Drugi wujt nie lepszy. Wypatrzył sobie w necie samochód i poleciał go kupować, bo okazja. Tyle, że lecieć trzeba - bagatelka - przez całą Polskę w poprzek. W taką pogodę!
Ja zaś spokojnie i rozważnie uczyniłam dla Marianka tort, z truskawkami wycinanymi z marcepanu, gdyż zachciało mu się mieć siódme urodziny. Wcale mnie o zdanie nie zapytał, czy chciałabym mieć siedmioletniego syna.
Ech, ci mężczyźni...
Znowu jest bosko. Dzień dziś przebogaty.
(dostałam nowe zlecenie, hura, hura, i kasę za stare, hura, hura, więc jednak wyjedziemy na ferie do miasta, hura, hura).
Kupiłam drukarkę, gdyż wynalazłam w necie niezwykle tanią kolorową laserową drukarkę i zaordynowałam jej sprowadzenie do sklepu w miasteczku.
(dzwonię, zeby spytać, czy już przyjechała, a pan, który odebrał telefon, mówi do mnie tak:
-Proszę pani, ja tu jestem szefem i wiem doskonale, że laserowej drukarki w takiej cenie nie ma, nie było i nie będzie!
-Jak to nie będzie? Przecież ją zamawiałam!
-Na pewno nie u mnie! ( a w tle słyszę: "Krzychu, Antek - cho no tu!!!)
Krzychu podszedł do telefonu i powiedział, że spoko luz, da mi cynk, jak towar przyjedzie).
Drukarka drukuje przepięknie. Nie zauważyłam tylko, że mi się papier skończył.
Bebuniowi nabyłam kapcie szkolne do nowych wkładek. Nie dość, że niedrogo, to jeszcze z F1, Bebunio wniebowzięty.
Stodołę jutro ubezpieczę, a nawet, jeśli w ciągu nocy ją zwieje, to agent, ulubieniec okolicy, wpisze mi wczorajszą datę na polisie.
Wieje albowiem, że nie w kij dmuchał.
Więc w nagrodę obejrzałam sobie Paryż o północy. Takie ładne obrazki, pociągające zwłaszcza w styczniu, gdy zimno i pada.
Teraz idę spać i będą mi się śniły kolczyki, obiecuję :)
Nie wiem, o co chodzi, ale najwidoczniej Interia uznała moją ostatnią notkę za coś, co nie wymaga komentarza.
Z letka się przeraziłam.
A teraz jeszcze bardziej, bo usłyszałam w wiadomościach o jakimś satelicie, który urwał się ze smyczy, znaczy utracono nad nim kontrolę. Niby co mi do tego, niech spada - ale przypomniałam sobie, że wczoraj wygasła moja polisa ubezpieczeniowa na dom i budynki gospodarcze.
A co będzie, jak satelita spadnie i na stodole eternit popsuje? Hę?
No, własnie. Żarty się skończyły...
Poniedziałek - szkolne jasełka. Poryczałam się jak głupia, za te prześliczne janioły, za trzech królów w szatach z zasłonek, za maluchy z zerówki śpiewające :
"Zostań Boziu mym braciszkiem,
Podzielę się z Tobą wszystkim.
Dam Ci moje klocki lego,
Dam misiaczka pluszowego."
Chyba powinnam mieć zakaz chodzenia na takie imprezy.
Wtorek - śmigam galopem do miasta wojewódzkiego, okazać specjaliście od nożek nóżki Bebunia. Jak zwykle przed gabinetem tłum ludzi, jak zwykle czekamy trzy godziny. Za nami w kolejce taki sam chłopczyk, bawią się z Bebuniem na całego, ja gawędzę z jego mamą.
Jakoś umknął mej uwadze fakt, ze w kolejce do rejestracji ta właśnie mama taszczyła wielgachną teczkę z dokumentacją. Gawędzę, że całe szczęście, że te nasze dzieci są raczej zdrowe, wskazuję na dokazujących chłopaków.
Mama chłopczyka wtedy mówi, że jej synek był poważnie chory, ze przeszedł kilka skomplikowanych operacji, że wielokrotnie umierała ze strachu nad jego łóżeczkiem.
-Wcale tego po nim nie widać - uśmiecham się.
Matkobosko, jaka jestem głupia. Obym przynajmniej na starość trochę zmądrzała.
Sroda - to dziś. Zaraz jedziemy z babcią na zakupy, a potem mam zebranie w szkole.
Jutro - ksiądz przychodzi po kolędzie. Nowy proboszcz, który prawdopodobnie będzie przygotowywał Marianka do pierwszej komunii w przyszłym roku.
Piątek - jak do tej pory bez szczególnych planów nareszcie.
Jakoś leci...
2012-01-07
Otóż przekonałam się ostatecznie, że bibliotekarz Waldek nie czyta książek, które poleca. Czyta tylko recenzje z tyłu okładki. Zatem wkopałam się niemożliwie, w ośmiusetstronicowe dzieło, które niestety w bibliotece zachwyciło mnie objętością. Przebrnęłam już dzielnie przez trzy inne, bynajmniej nie arcy. W związku z tym mój poziom umysłowy spadł, za co niniejszym przepraszam. Nie stać mnie na więcej, niż na podśpiewywanie: "duch - duch chwast - duch chwast miś", podczas wymiatania i wydłubywania z wykładziny igieł z choinki. Gdyż choinkę dziś uroczyście z Mańkiem rozebraliśmy.
Dziwne, bo wydawało mi się, że wieszałam na niej znacznie więcej, niż cztery cukierki...
Poniżej aneks - źródło "ducha chwasta".
Towarzyszy mi ostatnio niemiłe poczucie klęski, niespełnienia, mijania się z tym, co ważne.
Poczucie samo w sobie niefajne. Ale cieszę się.
Bo jak mnie jeszcze trochę pożre, to może się w końcu wezmę, zmobilizuję, uczynię coś, jakiś postęp. Póki co gniję/dojrzewam.
Dwie godziny zabrało mi dziś przedłużanie przez internet umowy na internet. Sprytnie zredagowany formularz musiałam modyfikować, potem zawieszała się strona, musiałam formularz wypełniać jeszcze raz, i jeszcze, uważając na te wszystkie numery, pesele, wartości.
W końcu okazało się, że zamówiłam sobie modem, zupełnie niechcący, po prostu po raz kolejny zapomniałam go odhaczyć. Więc kolejne naście minut wiszę na telefonie i odkręcam.
Jakbym nie mogła zwyczajnie, normalnie, będąc w miasteczku pójść do salonu usługodawcy.
Ale to nic. Tak pięknie pada deszcz ze śniegiem.
Poducha, śmieszna, kudłata, ganiająca samochody Poducha znalazła się nieoczekiwanie we wsi za lasem. Aż tam uciekła od naszych fajerwerków (i sąsiada, on miał lepsze). Ale już jest i znów pogodnie kopie wilcze doły dla nieproszonych gości na podwórzu.
Bebunio czasami ryczy, jak go za wcześnie - w jego mniemaniu - zabieram ze szkoły.
Ot, sielanka ;)